Szukaj na tym blogu FAS

czwartek, 29 maja 2014

Plagiaty

W tym tygodniu rozmawiałam z tegoroczną maturzystka oczywiście temat przewodni szkoła , a raczej wspomnienia. Zaczęliśmy porównywać jak to kiedyś bywało ile czasu zajęło przygotowanie materiałów do wypracowania a teraz internet rozwiązuje wszystko . ;-)

Młoda się śmieje :lol: ale ciociu tylu plagiatów nie było , a teraz nawet pisząc oddzielnie wypracowanie ,kiedy wszyscy korzystają tylko z wikipedii wychodzi takie same zadanie i " pałka "murowana :lol:

Rozwiązanie jest proste trzeba poczytać więcej i dalej niż tylko pierwsza strona google

To w takim razie jak to takie proste to czemu jest tak dużo z tym problemu, a to magisterki , prace dyplomowe , nawet niektórzy blogerzy za bardzo się inspirują :cry:


Ciociu wiele osób nie widzi problemu że kopiują i zabierają czyjąś myśl , pomysł ,wydaje im się że wszystko jest dozwolone

Wiesz ja myślę że to chamstwo czytam bloga kobiety która pisze wiersze i nie wyobrażam sobie je kopiować bez jej zgody albo zmieniać swojego bloga na opowiadania pisane wierszem . Mój blog to rodzaj pamiętnika i nie bardzo bym sobie życzyła plagiatów .

Ciociu nikt sobie nie wyobraża ale jednak większość nie widzi problemu

Wiesz ja widzę i szlak mnie trafia :oops: na taki rodzaj złodziejstwa, każdy powinien pracować na siebie.

JednaZwielu

poniedziałek, 26 maja 2014

Cierpliwość , cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość

Syn od urodzenia jest alergikiem , a to kicha i psika , a to znowu jego skóra się buntuje. Szukanie alergologa okazało się niełatwe przez pierwsze lata trochę żeśmy ich pozmieniali . Alergia tak doskwierała że zaczęły się nawracające zapalenia uszu . Pediatra rozkładał ręce, alergolog szukał pełnych objawów a laryngolog chciał wycinać migdałki . W końcu mi się przypomniała a w zasadzie mojej mamie doktor Beata, pamiętałyśmy że jest świetnym lekarzem ale nie wiedziałyśmy gdzie przyjmuje . Po poszukiwaniu za pomocą poczty pantoflowej Młody z babcią powędrowali do przychodni . Nie mogłam wędrować ja bo lekarka mnie nie znała tylko moich rodziców a zależało nam żeby syn nie czekał tylko był od razu przyjęty i leczony . Nie pomyliłyśmy się na koniec dnia lekarka przyjęła babcię z wnuczkiem . Okazało się że Młody prawie nie ma migdałów i nie ma co wycinać za to jest co leczyć . Nasza lekarka jest świetnym fachowcem w dwóch dziedzinach i jest otolaryngologiem ( alergolog i laryngolog ) dla nas to idealna sytuacja . Jeździmy już dziesięć lat do Niej i zawdzięczamy bardzo wiele . Upiekła nam się operacja i to nie tylko migdałów ale i uszu , Syn nie stracił słuchu . Jednak  jest jedno ale do naszej lekarki trzeba mieć może cierpliwości , albo się toleruje Jej sposób pracy albo się z nią trzeba rozstać pogodzić się nie da . Już same czekanie na wizytę wymaga spokoju średnio dwie godziny poślizgu i nie należy się spóźnić bo jak wyczyta nazwisko i nas nie ma to już nieprzyjmnie . Nasz generał rządzi i dzieli jest bardzo wymagająca , sytuacja która mnie wyprowadza z równowagi to jak się ze mną na coś umówi i później zapomina . Jej sławetne hasło podrzuć mi te wyniki w czwartek to porozmawiamy  i co przyjeżdżasz , przynosisz i słyszysz  - opieprz na całą przychodnię ja nie mam czasu nie jesteś jedyna . Ile razy podniosła mi ciśnienie teraz po latach załatwiam to inaczej . Jednak GENERAŁOWI wybacza się wszystko w poczekalni się śmiejemy gdzie drugą taką znajdziemy

JednaZwielu

czwartek, 22 maja 2014

Jak dwóch wariatów wpadło po uszy .

Mieszkaliśmy już parę lat w naszej malutkiej kawalerce , dla dwóch osób była wystarczającym przytulnym azylem. 
Kiedy rodzina się powiększyła zaczęliśmy się przewracać przez własne rzeczy, a to wózek przeszkadzał, to znów nosidełko. 
Prosiłam męża i tłumaczyłam że na dłuższą metę nie damy rady, jednak nic nie docierało tym bardziej że teściowie stali za nim murem.
Jednak nastąpił taki piękny dzień kiedy nie można było wejść do mieszkania, ja zostawiłam w przedpokoju wózek a synuś dowiózł skrzynkę z zabawkami i tatuś nam z pracy do domu nie mógł wejść :-)  
Efekt był piorunujący bo zaczęło się szukanie mieszkania takie na wariackich papierach, znowu nic do męża nie docierało, w końcu mi powiedział kobieto czego ty właściwie chcesz.
W końcu kupiliśmy upragnione trzy pokojowe mieszkanie a przynajmniej tak nam się wydawało.
Bo okazało się że biuro nieruchomości zmalwersowało nasze pieniądze, zanudzać nie będę sprawa trafiła na policję do prokuratury  dwóch sądów, cywilnego i karnego, a że sprawa dotyczyła kilku rodzin i żadna nie przewidziała takiego obrotu sprawy, to geniusze pozamieniali się kluczami, zaczęli remontować mieszkanie zanim podpisali wszystkie dokumenty u notariusza.
To znaczy w naszym mieszkaniu nowy właściciel nic nie robił tylko poustawiał  swoje meble, zawiesił  firanki i zamieszkał, chociaż jeszcze zadzwonił że mu jeden hak nie pasuje na szafkę w kuchni. Zaczęłam się śmiać i powiedziałam że zaraz przyjedziemy z wiertarką ;)  Nasze mieszkanie remontowało kilka osób w tym firma a i tak trwało to parę miesięcy. 
Po początkowym zamieszaniu zainteresowane strony doszły do porozumienia,  albo tak nam się tylko wydawało.
Bo zaczęła nas straszyć była właścicielka naszego mieszkania . Problemów w tym czasie było tak dużo że sama nie wiem jak to wszystko przeszliśmy.
Widząc to nasi koledzy i koleżanki z pracy przygotowały nam wielką niespodziankę.
Pamiętam jak dziś Panią Helenkę która mnie zawołała i powiedziała do mnie  - wiemy wszyscy jakie macie problemy chcemy wam pomóc i ustaliliśmy że zrobimy zrzutkę żebyście spłacili tą Panią  - Pani Helenko jaką zrzutkę nie mogę tego przyjąć my mamy więcej długów i problemów niż włosów na głowie. 
Jednak do Helenki przychodzili inni i każdy kładł na stów tyle ile umiał nam pożyczyć -  Usłyszałam macie problemy a zawsze byliście w porządku my chcemy wam pomóc tak jak potrafimy i nie dyskutuj tylko bierz a oddasz jak będziesz miała.
Nie umiałam powiedzieć w tym momencie nawet dziękuję bo łzy leciały mi strumieniem po policzkach.
Na kartce zapisywałam imiona i kwoty pożyczki różną od malutkich kwot do dużych i okazało się że w pięć minut miałam potrzebną kwotę żeby oddać prześladowczyni.
Oczywiście jak mi wrócił głos to wszystkim podziękowałam.
Cała sprawa toczyła się dwa lata, wszystkie pieniądze odzyskaliśmy włącznie z odsetkami kosztami sądowymi  itd.
Długi wszystkie po oddawałam i nigdy nie zapomnę co dla mnie i mojej rodziny zrobiła ta niesamowita załoga . Brakowało mi wtedy słów i brakuje mi ich na dal

JednaZwielu

niedziela, 18 maja 2014

pogodzić się z chorobą - czy jest to możliwe ?

Jak byłam koło dwudziestki na mojej drodze spotkałam lekarza ,który chciał mi bardzo pomóc, był młodym lekarzem dla niego jeszcze nie było rzeczy niemożliwych. Chcieć to móc  :)  Kiedy zetknęliśmy się w przychodni pierwszy raz , zaczęło się od kłótni w końcu trzasnęłam drzwiami ( wkurzył mnie bo flirtował z pielęgniarkami a ja czułam się jakbym przeszkadzała ). Musiałam Mu zaimponować w każdym razie już nie byłam przeźroczysta .Bardzo wiele mi pomógł starał się konsultować mnie z różnymi specjalistami . Któregoś razu w szpitalu ( bardzo znanym w kraju ) pani doktor bardzo mi pojechała po psychice praktycznie mnie zgniotła i jeszcze jaki miała uśmiech na twarzy , ta jej satysfakcja  taka radość :-) Kiedy wyszłam przestało mi się chcieć  nawet nie można było się ze mną dogadać łzy leciały mi tylko po twarzy . Widząc co się dzieje moja D ( przyjaciółka ) od razu zawiozła mnie do mojego młodego lekarza , znalazł do mnie czas nie kazał nam czekać . Potrafił mnie uspokoić i dowiedzieć się co się stało jak poszły konsultacje . Na koniec  powiedział co myśli o swojej starszej koleżance, a mi bardzo ważne zdanie " nie ważne na co kto choruje i jak wygląda tylko jakim jest człowiekiem i zapamiętaj sobie jedno nigdy nie pozwól się obrażać nikomu z powodu choroby czy stanu zdrowia " za parę godzin prawie to samo powiedział mi tata . Dodał tylko że mam brać z życia ile się da i że nie ma rzeczy niemożliwych szkoda czasu na łzy i smutki . Nigdy nie byłam traktowana jak osoba chora, bardzo wiele lat ukrywałam w pracy i w rodzinie swoje problemy zdrowotne. Teraz kiedy już jest któryś rzut i regres to już nie da się mówić że nic się nie dzieje i niestety potrzebuję pomocy w drobnych sprawach ale jednak najwięcej pomaga mama i moja kuzynka z czego jestem bardzo zadowolona i bardzo im dziękuję . Czy pogodziłam się z chorobą to jest jak sinusoida ale z przewagą na TAK  . Życie trzeba brać jakie jest a nie zastanawiać się co by było gdyby albo dlaczego ja odpowiedzi się nie znajdzie a czas ucieknie bezpowrotnie .  Z chorobą syna trudniej  się pogodzić , dlaczego to tak wygląda , do czego zmierza , ile jeszcze zniszczeń poczyni po mimo tylu starań , ciągle mam nadzieją że w końcu będzie lepiej

JednaZwielu

wtorek, 13 maja 2014

Jek to z tymi nauczycielami bywa ?

Młody człowiek kiedy miał pięć lat powędrował do przedszkola  ;) a właściwe zaczął jeździć . Ponieważ większość przedszkoli pracowało krócej niż ja,  i nie miał syna kto odebrać . Moje osiem godzin to oficjalne  od ósmej do szesnastej a placówki oświatowej do piętnastej :( Tak dowożąc syna piętnaście kilometrów odbierała pociechę babcia. Synuś biegał jak się patrzy :)  któregoś razu postanowiłam porozmawiać z wychowawcą i dowiedzieć się jak moja pociecha się sprawuje . Pani nie bardzo wiedziała jak ze mną rozmawiać przebiera nogami , wykręca palce - bo wie pani pani syn bardzo odbiega od pozostałych dzieci . Uspokoiłam kobietę że wiem , jednak nie wiem na ile, tłumaczę że już próbowałam diagnozować syna ,ale mnie tylko wyśmiano i wyzwano , postanowiłam poczekać a Pani tylko potwierdza moje obserwacje . Ustaliłyśmy co robimy , taki wstępny plan działania . To co przechodziłam w domu z Młodym można spokojnie nazwać piekłem , kiedy miał kolorować , malować po śladach krzyk był taki że całe osiedle Go słyszało . Wrzask był taki że bębenki w uszach miały popękać . W przedszkolu też pracować nie chciał , rozrabiał specjalnie bo jedyną karą jaką dostawał było siedzenie koło pani Magdy a dla syna to była nagroda On był szczęśliwy :)  Kiedy miał iść do pierwszej klasy wychowawczyni poprosiła żeby zrobić badania w PPP bo z jej testów wynika że nie nabrał dojrzałości szkolnej . Tak zamiast do pierwszej klasy poszedł do szkolnej zerówki. Uważam że po kolejnym roku dalej dojrzałości nie miał , ale już do pierwszej klasy musiał iść . Pani Renata okazała się bardzo wymagającym nauczycielem i kiedy się zorientowała co Młody potrafi była załamana .W domu były kolejne awantury,  jednak syn zaczął się starać i rywalizować z kolegami z klasy . Zadania domowe robił godzinami , ale robił pod warunkiem że siedziałam koło niego . Przez trzy lata najgorszą oceną z zadań domowych było pięć minus . Uczyliśmy się czytać z karteczek po jednym zdaniu książki Go przerażały. Pod koniec pierwszej klasy udało mi się kupić książkę z dużymi literami,  dwukolorową  wyrazy były po sylabizowane i całe wakacje czytaliśmy . Efekt był nie samowity Pani Renata nie wierzyła własnym uszom . Kiedy opanowane było czytanie można było się skupić na pisaniu,  pierwsze dyktando było na mniej niż zero :( na koniec trzeciej klasy to już były piątki . Systematyczna nasza praca i praca wychowawczyni konsekwencja w dążeniu do celu spowodowała bardzo dobre efekty Młody  mógł spokojnie iść do czwartej klasy . Przeniosłam dzięki pomocy dyrektorki syna do szkoły integracyjne . Wiadomo czwarta klasa nowe przedmioty a tu jeszcze nowa szkoła ,koledzy ,nauczyciele . Na szczęście wychowawczyni była super , już w pierwszym dniu wymieniła ze mną telefon , oprowadziła nas po całej szkole ,  miałyśmy wiele do powiedzenia :)  Nauczycielkę interesowało wszystko , co tyczyło Młodego . Wszyscy nauczyciele byli bardzo wymagający,  na okrągło klasówki , sprawdziany zadania domowe ,cała sterta lektur . Co dziennie kilka godzin nauki w domu, czasu starczało tylko na spacer i na jedzenie . Współpracowałam ze wszystkimi nauczycielami ponieważ z każdym przedmiotem był inny problem . Nie było to pokonywanie himalajów ale dopilnowywanie braków. Jednak historia była zupełnie z kosmosu uczył się jej na pamięć i jak tylko pytanie na klasówce było mniej zrozumiałe to od razu nie napisał nic , to samo było z przyrodą . Ponieważ Młody dużo chorował to żeby nie tracił lekcji Pani Aneta robiła ksera, ja przyjeżdżałam i je odbierałam żeby Młody przepisywał do zeszytu i jeszcze tłumaczyłam każdy jeden przedmiot .Kiedy po chorobie przychodził prawie nie miał zaległości mógł od razu pisać sprawdziany . Pani Aneta była tak niezwykła, że jak tylko się coś działo niepokojącego to zaraz miałam telefon , lub ja dzwoniłam , nic nie było odkładane na później, ile myśmy godzin przegadały ,pomimo że ja byłam codziennie w szkole . W piątej klasie musiała się zmienić wychowawczyni i to było dziwne kiedy nauczycielka wmawiała mi że Młody w szkole matematykę rozumie a ja mówiłam że w domu nic nie wie . Rozmowa już na dzień dobry była niemiła kiedy się dowiedziałam co mój syn robi w tej szkole bo Ona Go tu nie widzi  :twisted:   Sprawa się tak za ogniła że Pani Aneta pokonała kilka kilometrów do nas,  w dziewiątym miesiącu ciąży żeby porozmawiać i dowiedzieć się kto ma rację . Tej kobiecie się naprawdę chciało ( od wakacji była już na urlopie i nic nie musiała )  , relacja z przebiegu spotkania była przekazana dyrekcji szkoły i tak pracowaliśmy dalej systematycznie i do przodu pokonując koleje nie możliwości . W szóstej klasie przeniosłam Młodego do szkoły specjalnej i od razu zaczęliśmy od nauczania domowego . Jedna nauczycielka była taka że lepiej nie mówić za to druga co miała mniej godzin była super , wymagająca ,konkretna , z uśmiechem,  syn próbował rządzić ale mu nie pozwoliła . W tej szkole jest inaczej muszę się tego nauczyć bo to inny świat . Jedno co jest pocieszające że Młody lubi nauczycieli i mówi pozytywnie o Nich a w domu jest zadowolony bo się nie musi uczyć może się bawić .  Tą zabawą bez końca to ja już nie jestem zadowolona . Teraz wystarczy zeszyt informacji zamiast rozmowy , faktycznie też jest wszystko załatwiane chociaż dla mnie to duża  różnica. Teraz mogę się pochwalić , że wychowawczyni wpisała do zeszytu że Młody będzie zwalniany na zajęcia OREW . :) Super :)


JednaZwielu

 

niedziela, 11 maja 2014

szantaż i strach

Jest pogodny dzień okno w biurze jest otwarte na oścież koleżanka pali papierosa. Tak kiedy okno było otwarte pozwalałam koleżance palić była w tedy lepsza praca bo mniej przerw. Dzwoni telefon na moim biurku - zgłaszam się zgodnie z procedurami i to co słyszę powoduje że brakuje mi oddechu . Po chwili odzyskałam mowę i tłumaczę - proszę tak nie mówić tak nie można myśleć kobieta jednak odkłada słuchawkę a ja jeszcze raz przetwarzam co usłyszałam . Ela patrzy na mnie co się stało co to za telefon  - wiesz muszę jechać natychmiast do dyrektora zadzwoń do kierownika i zapytaj się czy muszę wracać do biura albo jutro przyjechać wcześniej . Dobra nie martw się usłyszałam . Między czasie dzwonię do sekretariatu czy jest szef bo muszę się jeszcze dziś z nim widzieć i porozmawiać , po chwili słyszę odpowiedź dyrektor na panią czeka czy potrzebny jest kierowca . Podziękowałam i powiedziałam dotrę sama już wychodzę . Za godzinę dotarłam do szefa jak mnie zobaczył to powiedział od razu do sekretarki dwie kawy i wodę co - się stało pani jest przeźroczysta. Kiedy już usiedliśmy zaczęłam tłumaczyć Dyrektorze zadzwoniła do mnie Pani .... i jak nie znajdziemy jej pracy to Ona zagroziła że popełni samobójstwo . Za chwilę byliśmy oboje przeźroczyści sekretarka wchodząc z kawą od razu się zapytała czy nie potrzeba pogotowia . Zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić i czy ta osoba jest to w stanie zrobić . Doszliśmy do wniosku że nie ma sensu ryzykować i mieć kobietę na sumieniu . W krótkim czasie szef znalazł nowe miejsce pracy . Oboje byliśmy zadowoleni że się udało , a ja byłam dodatkowo zadowolona że się nie pomyliłam co do ludzkiej twarzy szefa . Wydawałoby się że sprawa jest załatwiona  i kobieta powinna też być zadowolona . Za około miesiąc dzwoni kobieta i mnie opiernicza z góry na dół że jej w niczym nie pomogłam i ona się ze związków wypisuje a ja jestem do niczego . Kiedy odłożyłam słuchawkę moja Ela mówi czy ja dobrze zrozumiałam - tak tak dobrze .
Moja koleżanka się zapytała mnie czy było warto - siedziałaś po godzinach żeby wykonać swoją pracę  , jeździłaś tyle kilometrów do dyrekcji , obroniłaś kobietę i ci podziękowała :lol:   Odpowiedziałam było warto i zrobiła bym drugi raz

JednaZwielu  

piątek, 9 maja 2014

Pełne zaskoczenie tego się nie spodziewałam

Wczorajszy dzień był trochę ciężki , może dla tego że jeszcze dobrze nie zregenerowaliśmy się po środzie . Rano pojechaliśmy na badania jak zwykle była kolejka i nużący czas oczekiwania sprawiał że bardzo się nam nudziło . Młody był bardzo zdenerwowany i nawet przerażony cały czas mówił jak katarynka . W końcu jak było po wszystkim odetchnął z wielką ulgą - no nic nie bolało byłem dzielny . Mówiąc szczerze ja też byłam zadowolona z Jego zachowania . Kiedy przyjechaliśmy do domu syn zjadł i  zażył swoje leki , zdziwiłam się kiedy stwierdził że się trochę zdrzemnie . Musiał być bardzo zmęczony bo prawie resztę dnia przespał i nawet z tatą nie miał ochoty rozmawiać zapytał się tylko - sobota jest za niedługo to się będę z tatą widział ?

Kiedy Młody spał ja poszłam do sklepu na małe zakupy i wykorzystując że nie ma klientów zaczęłam przepraszać właściciela za wczorajsze zachowanie mojego nastolatka . Moje zdziwienie było niesamowite kiedy usłyszałam - ja się nie gniewam On miał gorszy dzień i wyładował swoje emocje . Ja Go bardzo lubię i znam a za chorobę nikt nic nie może . Podziękowałam za zrozumienie i w tym momencie się jeszcze bardziej zdziwiłam bo Pan mi wręczył mały upominek to dla Pani i Syna

Pierwszy raz się spotkałam z taką reakcją

JednaZwielu

środa, 7 maja 2014

czy można pogodzić dwie strony medalu ???

Maj jest moim ulubionym miesiącem przynajmniej tak było do tej pory . Spacery wśród zieleni , jazda Młodego na hulajnodze albo rowerze , jednym słowem dużo przyjemności . Jednak do przyjemnych rzeczy doszło kilka wizyt lekarskich a niestety wszędzie trzeba odstać i nigdy nie wiadomo co się usłyszy , jeszcze testy w poradni pedagogiczne . Tymi dodatkowymi zajęciami mamy zajęty maj i czerwiec . Już się cieszę ;)  , dzisiaj tylko trzy godziny u otolaryngologa chwila przerwy na dojazd i rehabilitacja . Kiedy wróciliśmy do domu to już nic się nie chciało , gdyby syn jeszcze cały czas nie marudził a na koniec nie obraził człowieka w sklepie to może i by było nie źle , a tak w sklepie mało zawału nie dostałam , marudzenia wszyscy mieli serdecznie dosyć . Jutro powtórka z rozrywki bo trzeba pojechać na badania .

Pani doktor dzisiaj wyjaśniała że nie kupujemy do uszu żadnych czyszczących preparatów - rozmowa wzięła się z tego że pani w szkole tłumaczyła synowi jak ma czyścić uszy i co mama ma kupić. Lekarka była zdziwiona że szkoła wchodzi w jej kompetencje i zamiast zajmować się zdrowiem musi tłumaczyć takie rzeczy .

Mówiąc szczerze ja dalej nie rozumiem pracy tej szkoły :( nie bardzo wiem na czym się skupia . Nie rozumiem dlaczego wchodzi w role rodzica , do tego nie współpracuje z rodzicami a przynajmniej ze mną , i jeszcze rozwala mi plan zajęć z dzieckiem .  No cóż jak nazwać któryś już plan lekcji w ciągu jednego roku szkolnego , tym razem jest tak ustawiony że ani jedna rehabilitacja nie pasuje . Nie bardzo wiem o co chodzi bo szkoła ma zgłoszone że syn chodzi na zajęcia do OREW i nie wiem czy mam napisać kolejne pismo czy zrezygnować z rehabilitacji . Jak będę miała prawo wyboru to zwolnię Młodego za szkoły ,bo załatwienie OREW po przerwie graniczy z cudem . Nie wiem kto zmienił mi wizytę w poradni pedagogicznej gdzie sama ustalałam termin i na majowy się nie zgadzałam , informacja została podana w zeszycie od syna przez wychowawczynię . Kto jest autorem zmian nie wiem jednak znowu muszę rezygnować z rehabilitacji żeby zgłosić się do poradni , przecież to tak nie powinno być o co tu w tym wszystkim chodzi . Ze szkoły mój nastolatek przychodzi wiecznie z jakimś problemem , a to włosy są za długie a to za tłuste , to znowu z paznokciami coś nie tak , teraz jeszcze doszły uszy . Może ja jestem głupia ale to chyba moja rola żeby dziecko było zadbane a nauczycieli żeby było wyedukowane . Przykro mi ale na temat umiejętności szkolnych nie bardzo mogę się wypowiedzieć , a bardzo bym chciała . Młody przez cały rok szkolny nie wiem czy aby miał dziesięć zadań domowych , do ani jednej klasówki też się nie uczył , a oceny są różne . Mam nie odparte wrażenie że siedem lat ciężkiej pracy syna , nauczycieli z poprzednich szkół i mojej jest marnowane . Młody za to po szkole zachowuje się tak jak jego koledzy w szkole , kiedyś mi powiedział Im wolno to dlaczego mnie nie wolno . Moja odpowiedź bo Ty nie jesteś Oni była mało przekonująca, a jak się zachowuje w szkole nie wiem do tej pory było nie źle.

Moim zdaniem nie byłoby tylu pytań, jak by współpraca była właściwa , bo to wszystko jest do rozwiązania , jak dwie strony są ZA

Ten wpis nie jest chęcią oszkalowania  szkoły tylko pokazania jak widzi rodzic edukację szkolną .

Moja prośba do nauczycieli uczących dzieci chore na zespół FAS  , One potrzebują dużo zrozumienia ta choroba u każdego dziecka może przebiegać inaczej jednak większość jest bardzo wrażliwa na słowa , gesty, nie podważajcie autorytetu rodziców bądź lekarzy . Na pewno nikt by nie chciał żeby był podważany autorytet nauczyciela więc niech to działa w dwie strony

JednaZwielu  

środa, 30 kwietnia 2014

Część druga czy może istnieć przyjaźń damsko męska ???

Zbiegiem czasu zaczęliśmy poznawać swoich partnerów życiowych . Najpierw do naszej nietypowej przyjaźni musiał się przyzwyczaić mój były mąż . Okazało się że Panowie szybko znaleźli wspólny język , jednak byli teście mieli już zupełnie inne zdanie. Kiedy moja noga pięknego dnia wylądowała w gipsie to się zaczęło pilnowanie . Moi rodzice jeszcze jak mieszkałam w domu rodzinnym z naszą przyjaźnią nie mieli problemu . Chociaż czasami było ciekawie np po obronie jeden z Adamów w stanie bardzo wskazującym na spożycie zamiast zawitać do domu to zawitał do mnie. Pamiętam minę taty i śmiech od ucha do ucha , zamiast się wściekać kazał na jutro kupić biedakowi dużo maślanki bo na pewno będzie chory i biedny . A do teściów nic nie docierało tylko jątrzyli i szukali dziury gdzie jej nie było , trzeba przyznać że nie ułatwialiśmy im życia . Bo przy nodze w gipsie nie wiele można zrobić więc odwiedzali mnie często zawsze minimum w dwójkę ale teściowa zjawiała się już po chwili . W ramach sprawdzania czy czegoś nie potrzebuję była u mnie już czasami i o ósmej rano miała swoje klucze i wchodziła jak do siebie . Efekt tego pilnowania był taki że zakończyło się to odebraniem kluczy przez męża, mamusi mało szlak nie trafił . Kiedy chłopaki poznawali swoje partnerki to po jednej rozmowie lub dwóch sprawy były wyjaśnione można było znowu planować wspólne , wyjazdy , imprezy , spędzać razem czas. Po mimo upływu lat i zmian które zaszły w naszym życiu  możemy dalej na siebie liczyć . Jestem wdzięczna losowi że poznałam tak fajnych ludzi i mówię tu też o żonach Adamów .

czwartek, 24 kwietnia 2014

Czy istnieje przyjaźń damsko męska ???

Czy istnieje przyjaźń damsko męska ??? Dla wielu ludzi nie , a dla mnie tak. Poznaliśmy się w pracy dawno temu z Adamem I przez telefon i zaczęło się mało ciekawie bo od zgrzytu , okazało się że On jest pierwszy dzień w pracy i nie rozumie co ja chcę . Język techniczny nawet w języku polskim może być kompletnie nie zrozumiały. Adama II poznałam trochę wcześniej też tylko telefonicznie .Adama III ( specjalnie wszyscy mają takie same imiona ) poznałam jako ostatniego jak zmieniłam miejsce pracy . Z przyczyn technicznych dotyczących  zakładu pracy i ze względu na łatwiejszy dojazd zostałam przeniesiona do miejsca gdzie pracowali trzej Panowie . Szybko okazało się że potrafimy się dogadać i to nie tylko zawodowo. Każdy z nas był wolnym człowiekiem bez zobowiązań , mieliśmy szalone pomysły na spędzanie wolnego czasu . Pamiętam zaskoczenie ludzi jak na wolnym powietrzu zimową porą graliśmy w paletki ( babingtona ) , spacerujące osoby potykały się o własne nogi . Jeździliśmy na mnóstwo wycieczek, bardzo często pakowaliśmy plecaki a resztę organizowaliśmy na miejscu , co skutkowało spartańskimi warunkami . Ale jak się jest młodym to kto by tam na takie rzeczy zwracał uwagę . Któregoś razu ochrona PKP na dworcu nie wiedziała co ma z nami zrobić , nasze przestępstwo polegało na tym że z koleżanką zrobiłyśmy kolację na dworcu - w poczekalni ( podobno takie zachowanie było zabronione ) ale kanapki smakowały . Innym razem Adam III nam się rozchorował do lekarza nie było możliwości dotrzeć , zaczęłam kombinować sposobami domowymi i się udało . Lekarz  w poniedziałek już był obowiązkowy , jednak to już problem nie był bo wróciliśmy w niedzielę do domów późnym popołudniem. Zdarzyła się raz zupełnie nie przyjemna sytuacja, kiedy z nami pojechał jeszcze jeden chłopak , i nie wiem co sobie myślał , kiedy w nocy próbował wejść pod moją kołdrę , zanim ja zdążyłam zareagować Adam I już robił porządek . Tak od początku mieliśmy do siebie zaufanie , wiedzieliśmy co wolno a co nie żeby drugiego nie obrazić .  W pracy nie było zmiłuj każdy wiedział co ma robić , a jak coś było zawalone to opieprz też był ,w tym miejscu nie było taryfy ulgowej . Spotykaliśmy się na imprezach różnego rodzaju , chodziliśmy do kina i na wystawy,  w ciągu miesiąca na palcach jednej ręki można było policzyć kiedy się nie widzieliśmy po pracy , oczywiście nie zawsze wszyscy razem . Jednak nasze koleżeństwo zaczęło przeszkadzać naszym współpracownikom , na mnie " wylano wiadra pomyj " jaka to jestem łatwa, lekka i przyjemna . Któregoś razu jeden człowiek chciał sprawdzić moją lekkość i się bardzo zdziwił kiedy na jego twarzy odbiły się moje palce a twarz zrobiła się czerwona . Moim zdaniem mam bardzo dobrą zasadę - nie byle gdzie , nie byle jak i nie byle z kim i zawsze się tego trzymałam i trzymam . Jak tylko jeden punkt nie pasuje to znaczy że nie warto. Ten czas był jednym z najcudowniejszych już dorośli a jeszcze bez obowiązków .Koniec części pierwszej

środa, 23 kwietnia 2014

Smutne przemyślenia prozy życia :(

Tyle teraz się mówi o Janie Pawle II bo kanonizacja. Jednak po oglądanie paru filmów nie wiele zmieni , a ile każdy z nas wyniósł z nauczania to każdy sobie musi sam odpowiedzieć . Znam na prawdę kilka osób które regularnie chodzą do kościoła , komunii a w szarości dnia codziennego w " łyżce wody by utopili " . O pomocy sąsiedzkiej to i owszem , ale w obgadywaniu to pierwsze skrzypce grają . Ewentualnie nic nie widzą nic nie słyszą nic ich nie obchodzi .Z dwojga złego wolę wersję drugą . W rodzinach też bywa różnie .Kiedyś wujek mi powiedział przy jakiejś rozmowie to tylko 300 zł kosztuje , jednak czy On zdaje sobie sprawę ile to jest dla mnie pieniędzy? Oczywiście że nie bo moja osoba jest Mu zupełnie obojętna .Inny bardzo rodzinny człowiek miał pretensje jak mogę za żądać alimentów od byłych teściów . Tylko zapomniała się zastanowić czy mam co jeść z synem albo czy mam gdzie mieszkać , i co mnie skłania do tak drastycznych decyzji . Innym razem połowa rodziny się oburzyła jak mogłam zostawić mamę na wigilię sama , drobiazg polegał na tym że to Mama nie przyjęła mojego zaproszenia , a ja chciałam zjeść ostatnią wigilię na swoim jeszcze trzy pokojowym mieszkaniu. Ktoś inny ma zdanie o mnie -  jaka jestem głupia , leniwa jak nic nie przeżyłam , bo kasza manna mi z nieba leciała. Ubaw polega na tym że mnie ta osoba kompletnie nie zna . Oczywiście nie ma sensu wymieniać wszystkich nie przyjemnych sytuacji. Od kilku lat mówię że rodziny umierają za życia .Moje zdanie wynika z tego że nie widujemy się latami, nie interesujemy sobą , nie pomagamy sobie wzajemnie . Każdy sobie rzepkę skrobie . Po przeczytaniu tego wpisu jak się ktoś obrazi to  trudno Dla mnie rodzina to mama i syn , a ludzie mi bliscy to przyjaciele . To oni wiedzą co się u mnie dzieje czy trzeba w czymś pomóc czy jest wszystko ok .Ktoś powie " sama sobie na pogrzeb pójdę " , tego nie wiem ale jedno jest pewne bardzo się boję kto pomoże mojemu synowi , co się z nim stanie jak mnie braknie . Widząc to wszystko do o koła bardzo się tym martwię i coraz częściej o tym myślę . A czy mam sobie coś do zarzucenia owszem  , tak wad mi też nie brakuje , na pewno chciałabym mieć więcej cierpliwości . Też mam swoje marzenia i jeszcze cele do zrealizowania

JednaZwielu

 

czwartek, 17 kwietnia 2014

" Czy warto diagnozować dzieci "

Ostatnio przeczytałam w internecie następujące pytanie " Czy warto diagnozować dzieci " chodzi o podejrzenie zespołu FAS . Moim zdaniem jest tylko jedna odpowiedź. Sama choruję od urodzenia na nieuleczalną chorobę (  nie napiszę jak się nazywa ) diagnoza w moim przypadku nie była trudna ale leczenie jest niemożliwe .Przeszłam sama bardzo wiele poznałam wielu lekarzy z różnymi tytułami i nauczyłam się dzięki temu kiedy należy unikać pewnych gabinetów . O dziwo łatwiej mi się porozumieć z profesorem niż z lekarzem , oczywiście to nie reguła. Dla mnie każdy dzień życia to dar . Dlatego kiedy się zorientowałam że z Młodym jest coś nie tak od razu wiedziałam że muszę się dowiedzieć co to jest za choroba. Najpierw się dowiedziałam że jestem histeryczką i szukam zdrowemu dziecku chorób. Inna specjalistka stwierdziła że Syn ma padaczkę oczywiście się nie zgodziłam , jednak leki wykupiłam ,przeczytałam ulotki i zadecydowałam że dziecku nie podam . Po kolejnej kłótni z rodziną jaka to jestem przemądrzała i wszech wiedząca poszłam do pediatry i zapytałam czy ta diagnoza według niej jest wiarygodna kiedy nawet w EEG nic nie wyszło . Pani Pediatra poparła moją decyzję i stwierdziła że jestem bardziej odpowiedzialna niż ten specjalista . Kolejnym razem nie zgodziłam się na badanie specjalistyczne bez narkozy , powiedziałam znam te badanie wiem jakie jest nie przyjemne . Lekarka nie mogła powiedzieć do czego ma ono służyć u Młodego więc zrezygnowałam . Diagnozowałam uparcie aż doszłam do celu i mówiąc szczerze nie wyobrażam sobie inaczej . Syn rósł negatywne cechy się nasilały , napady złości i agresji też a ja przez lata zastanawiałam się co się dzieje , w szkole wychodziły różne deficyty i była ciągła niewiadoma . Dopiero poskładane puzzle dały odpowiedź co z czego i dlaczego .Przeszliśmy wiele ale na pewno było warto

środa, 16 kwietnia 2014

Rower

Pierwszy rower Syn dostał w prezencie od chrzestnej na roczek. To był na owe czasy kombajn do rozwijania różnych umiejętności , jednak najbardziej polubił jazdę na samochodziku pojazd był bardzo stabilny a Młody szalał tak że można było zawał dostać kiedy pokonywał wszystkie zakręty. Okazało się że Młody tak szalał że sąsiadce sufit się trząsł , myśmy nie pomyśleli o tym i dopiero kiedy nam zwrócono uwagę skończyła się jazda po mieszkaniu. Następny to już kupiony przez dziadka czterokołowiec na nim Młody nauczył się jeździć na dwóch kółkach kiedy od pieliśmy boczne. Pewnego razu na wycieczce z dziadkami Syn tak jeździł że wylądował w stawie , jednak niczego Go to nie nauczyło dalej szalał . Na rowerze kupionym przed komuniom przez drugą  babcię Młody przejechał z tatą wiele kilometrów zawsze był zadowolony i przeważnie była wycieczka za krótka. Tata padał a Młody ja chcę jeszcze i kiedy pojedziemy znowu. Syn  nigdy nie jeździ bez opieki . W tym roku jest wielka radość bo już jeździ na rowerze dla dorosłych na początku było strasznie przez zabawnie . Strasznie bo nie mieścił się przy skręcie albo lądował na ludziach mało nie wjechał pod samochód byłam przerażona nic takiego by się nie działo gdyby raczył słuchać ale niestety musi być jak zwykle. Tym razem nie jest to nowy rower tylko już pełnoletni na którym kiedyś jeździłam ja. Oddałam go do sprawdzenia do profesjonalisty i okazało się że jest dobry i nawet nie trzeba oliwić łańcucha . Byłam w szoku że kupiłam kiedyś tak dobry egzemplarz. Młody lata w skowronkach i jak tylko ładna pogoda na przejażdżkę trzeba iść

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Dlaczego jest tak dobrze – a jest tak źle ?


Młody widzi świat po swojemu niekoniecznie tak jak my . Podobno w szkole jest wszystko dobrze , szuka kontaktu z rówieśnikami nie stwarza problemów . I to jest jeden świat , szkoły. Drugi to ten który znam ja i jest przeciwieństwem tego pierwszego . Syn przychodzi wściekły naładowany agresją ,rzuca plecakiem i w kółko narzeka co kto zrobił , powiedział to są całe litanie . Skarży się wszystkim dookoła, pani w sklepie , babci , tacie, pani doktor . To są jego dwa światy i pewnie obydwa prawdziwe a jakże inne. Może to moja wina że są dwa bo ciągle tłumaczyłam i tłumaczę czego w szkole nie wolno robić że trzeba być koleżeńskim a jak jest coś nie tak to należy to powiedzieć pani nie wolno nikogo bić. Może w ten sposób zbudowałam „ idealny„ świat szkoły przynajmniej na pozór. Młody do szkoły nie chce chodzić a to brzuch boli , a to śpi po naście godzin i nie można Go dobudzić. Innym pomysłem jest nie branie leków bo a nóż alergia doprowadzi co najmniej do infekcji. W taki sposób chodzi do szkoły w kratkę. Jak mamy wizytę u specjalisty to ja się zastanawiam ile znowu spędzę czasu w przychodni a Młody jak fajnie do szkoły nie idę .W ostatnim wpisie napisałam że „ Od wczoraj przeżywa sytuację że kolega z klasy złamał nos w szkole podczas bójki , okazało się że nos złamany w dwóch miejscach a do tego była potrzebna operacja. „ Młody człowiek tak to widział i tak to przedstawił ,podobno było inaczej bo był to wypadek i nikt tego nie zrobił specjalnie. To jest prawda że nie wolno oceniać ale ja będę się upierać przy swoim że nie oceniam tylko próbuję zrozumieć. A ja jestem w dwóch światach co wcale nie jest łatwe. Nie mogę podejść do sprawy że Młody wszystko widzi źle i tylko On się myli i we wszystkim przesadza. Nie mogę też podejść do sprawy w drugą stronę muszę to wyważyć co wcale nie jest proste. Napiszę to po raz kolejny o zespole FAS ciągle za mało się wie ciągle jest problem ze zrozumieniem bo co ten człowiek miał na myśli. Ktoś powie bo Młody kłamie a ja powiem że nie On niestety inaczej odbiera świat po swojemu od specjalistów słyszę że to ja mam Go zrozumieć. Ok. ja mogę to robić do końca swego życia ale co z resztą świata jak świat ma odbierać Młodego kiedy mało kto wie na czym polega jego choroba. Przecież niedawno rozważaliśmy z lekarką co do nauczania domowego. A dla czego Syn odbija swoje zachowanie w domu i na najbliższych , psycholog wytłumaczył mi to tak bo jest bezpieczny i nie może cały czas kontrolować emocji


Tych których obraziłam poprzednim wpisem Przepraszam nie miałam takiego zamiaru


JednaZwielu