Szukaj na tym blogu FAS

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wpomnienia a teraźniejszość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wpomnienia a teraźniejszość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 października 2016

Krótka historia 2012-2016

Kiedyś marzyłam że będę miała syna, mądrego i utalentowanego ( rodzina, dom, stanowisko ). Ot takie marzenia zwyczajnej matki, która marzy i planuje bo jeszcze może sobie na to pozwolić. Bo jak nie marzyć kiedy pociecha IO ma wyższe od rówieśników. Jednak życie jest nieprzewidywalne sytuacja się zmienia. Młodemu zaczyna się regres IO spada z badania na badanie. Najpierw przychodzi zwątpienie, niedowierzanie, takie podstawowe pytanie dla czego, czemu tak się dzieje. Pytam lekarzy, psychologów - jednak odpowiedzi nie dostaję.

No ale czy jak czaszka za mała, to mózg się chyba nie ma gdzie rozwijać. ( specjalnie nie piszę rosnąć bo on nie ma miejsca na takie działanie ) 

Mama już nie planuje, przestaje marzyć, zaczyna się martwić – co będzie dalej?  Odpowiedzi nikt nie zna.

Przecież trwa codzienna rehabilitacja, codzienna nauka, codzienne przypominanie. Te same zdanie powtarzane wielokrotnie w ciągu dnia, bo mózg nie pamięta, nie przyjmuje dużej ilości wiadomości.

Mama jednak uparta nie poddaje się, walczy o syna i myśli o innych. Ile takich rodziców jak ona?

Zaczyna pisać bloga – bardzo się boi reakcji otoczenia, przysłowiowego co ludzie powiedzą.

Ku zaskoczeniu blog jest czytany, reakcja raczej pozytywna, zgłaszają się różne osoby tak powstaje FB profil, tam łatwiej pisać na prywatnych wiadomościach, wzajemnie się pocieszać, doradzić.

Blog zauważył Onet i telewizja, ktoś obronił magistra.

Uparta mama - co ciągle marzy, o zmianie podejścia do osób dotkniętych FAS, poznaje ciekawych ludzi i zamiast marudzić i narzekać zaczyna planować co może zrobić ona od czego zacząć.

Tak dzięki pani prezes Fundacji Fastryga powstaje konferencja zorganizowana przez osobę prywatną, nie stowarzyszenie nie fundacje, ale przez zwykłą mamę przy udziale dobrych ludzi.

Plany się jednak nie kończą walka trwa dalej, jednak kolejny pomysł nie wypalił. Wizja pomocy wzajemnej odniosła kompletną klapę.

Bo to że potrzebujemy porozmawiać to jedno ale przyjść i się pokazać to drugie. Ciągle się boimy i wstydzimy że będziemy oceniani, krytykowani.

Jeden projekt nie wypalił ale planów jest dużo – nie można się poddać

Ostatnie spotkanie z nauczycielami do opisania pozostaje

Blog nie dawno obchodził cztery lata istnienia i bardzo wszystkim

dziękuję że czytacie i komentujecie wszystkim życzę dużo dobrego i

samych słonecznych dni 

 

środa, 24 sierpnia 2016

Nie możliwe stało się możliwe.

Jest sierpniowa niedziela – ja od kilku dni mam problemy z ciśnieniem, z  :roll: dnia na dzień czuję się gorzej, nic mi się nie chce. Ciągłe zmęczenie daje mi się we znaki – odkryłam jednak że dobra kawa i pomaszerowanie na siłownię do parku pomaga mi na parę godzin.

I tak kiedy znowu nie mam siły żeby ruszyć palcem, kombinuję jak tu się zebrać i wyjść z domu i trochę poćwiczyć. Dwie kawy już wypiłam i nic, snuje się po mieszkaniu jak cień, obiadu nie gotuję bo to ulubione zajęcie XXX.

Najpierw dzwoni telefon – porozmawiałam, za chwile ja do kogoś dzwonię, czas upływa. Ciągle zastanawiam się wyjść, nie wyjść, do obiadu jeszcze trochę czasu – jak bym wyszła i zebrała się w sobie to jeszcze zdążę przed obiadem.

Coś przestawię, cos przesunę, pościel rano dałam na balkon, jednak tak naprawdę nie robię nic, oprócz siedzenia i marudzenia – jest jeszcze jedna czynność, pod sypiam w fotelu.

Z kuchni przychodzi XXX i przynosi pościel z balkonu ( my mamy balkon w kuchni ) – musiałam mieć nie złą minę, bo mówi do mnie co się tak dziwisz – przecież pada deszcz.

Upływają kolejne minuty, o czymś rozmawiamy – nagle za oknami zrobiło się biało, mleko za oknem i niesamowity szum drzew – nasze pootwierane okna zaczynają trzaskać. Każdy z domowników biegnie do innego pomieszczenia zamknąć okna. Kuchnia okazało się że jest najbardziej mokra

Potężny strumień wody i wiatru trwał chwilę w tym czasie nie było widać nic. Nie było ciemno było biało jak by ktoś mleko wylewał wiadrami.

Młody umył podłogę w kuchni – byłam bardzo zadowolona że to zrobił, bo ja dalej na nic nie  miałam sił.

Kiedy siedzieliśmy w pokoju, powiedziałam na głos - jak byśmy mieszkali na mazurach, to pewnie przeżylibyśmy biały szkwał. XXX potwierdził pewnie tak to wygląda nad wodą.

Nikt z nas nie przypuszczał jednak co się stało, tak naprawdę - co ów mleko spowodowało.

Kiedy jednak nasza ulica, która zwłaszcza w niedzielę jest opustoszała, zaczęła przypominać drogę szybkiego ruchu, a za okien było słychać rozmowy przechodniów, postanowiłam sprawdzić info w sieci. Jakie było moje zdziwienie że to była trąba, a raczej namiastka. Niestety zniszczenia były i są bardziej namacalne i nie do uwierzenia, to była chwila, żadnego ostrzeżenia, a taki ogrom zniszczeń, nikomu nic się nie stało, aż się wierzyć nie chce.

 Do dzisiaj jest porządkowany teren, ja jednak się zastanawiam czy jak byłabym w tym parku, a pewnie z Młodym – bo gdzie mama tam i On to czy dzisiaj bym pisała ten post.

piątek, 25 marca 2016

tablet czy rodzina

W tym tygodniu obejrzałam filmik o dzieciach tabletowych, zrobiło mi się strasznie smutno. Według mnie one są biedniejsze od dzieci których rodzice nie mają pieniędzy .

Teraz ciągle się wszystkim wydaje że najważniejsze są pieniądze i to co można za nie kupić.

To w takim razie ile kosztuje więź rodzinna, miłość, szacunek, przyjaźń, dla mnie te osoby które to mają są najbogatszymi ludźmi, może tego nie doceniają ale są bogaczami bo tego się kupić nie da .

W mojej rodzinie odkąd pamiętam były problemy do rozwiązania, jednak to co łączyło moich rodziców było bez cenne, szczere i do grobowej deski. Może nie miałam ładnych rzeczy ale miałam ciepły szczęśliwy dom pełen miłości, szacunku i tolerancji . Byłam szczęściarą bo nie nosiłam klucza na szyi, zawsze czekał na mnie ciepły obiad na stole, rodzice nigdy nie zlikwidowali stołu i krzeseł.

To przy stole byliśmy wszyscy razem, ( wspólne posiłki, rozmowy i gry ), nie potrzebowałam przyjaciółki bo miałam rodziców.

Mój tata zawsze mówił że mogę dużo ale jak raz zawiodę to już nigdy nie odbuduje tych relacji, te słowa i wiele innych mądrości dźwięczą mi do dzisiaj. Moje koleżanki i koledzy były w klasie i na podwórku, nie w wirtualnym świecie.

Teraz jestem dziwolągiem bo synowi nie pozwalam założyć profilu na FB i ograniczam czas w sieci – no cóż taka ze mnie jędza .

Pomimo że stracił pełną rodzinę to ma uśmiechniętą mamę (nareszcie) na którą zawsze może liczyć, fajnego wujka i babcie która stara się jak potrafi żeby Go zrozumieć.

O pozostałej rodzinie nie napiszę bo z przykrością stwierdzam że nie ma o kim, pozostali są tylko w drzewie genealogicznym.

 

Wszystkim życzę zdrowych, spokojnych świąt w rodzinnej atmosferze, smacznego jajka i mokrego lanego poniedziałku.

czwartek, 21 stycznia 2016

dzień babci i nie tylko

Dzień Babci z tym dniem mam bardzo wiele wspomnień i nie babcia jest głównym bohaterem  - tylko moja siostrzenica .

Babcia zawsze była bardzo konserwatywna . To jest dziwne ale nie pamiętam żeby umiała się śmiać za to zawsze miała jakieś ciasto w spiżarce bądź lodówce . Czasy mojego dzieciństwa były bardzo siermiężne i pączek u babci zawsze smakował .

Kiedy musiałam po mieszkać z dziadkami przez kilka dni byłam bardzo nieszczęśliwa , siedziałam z nosem w szybie czekając na mamę kiedy po mnie przyjedzie . Nikt nie potrafił mnie rozweselić , konserwatyzm dziadków powodował  że czułam dystans . Czułam się u Nich dobrze tylko z rodzicami .

Dziadkowie umieli dzielić rodzinę na tą lepszą i gorszą i tak zostało do dzisiaj , tylko może nie zdawali sobie sprawy że szkrab może być takim dobrym obserwatorem .

Wbrew pozorom do dzisiaj bardzo szanuję babcię i pozytywnie myślę o dziadku . Dla mnie ich zachowanie wynikało z tego że mieli dużo dzieci i wnuków pewnie każdego z nas kochali tylko na inne sposoby .

Babcia żyje i zaskakuje nas i pewnie jeszcze bardziej lekarzy , zawsze była hardą osobą i taka zostanie pewnie do ostatniego tchnienia .

Jest powiedzenie że rodzice są od wychowywania a dziadkowie od rozpieszczania . Moich dziadków to nie dotyczyło - nigdy , zawsze byli wymagający i z perspektywy lat uważam że byli cudowni bo nie zwichrowali mi psychiki . Dzisiaj narzekamy na różne sprawy - co się zmieniło - a przecież to My powodujemy te zmiany .

A co do mojej siostrzenicy to urodziła się w dniu babci i jak była małą Smerfetką  to swoimi powiedzonkami potrafiła nas powalić ze śmiechu

Monika otwiera nam drzwi i wita nas takim zdaniem

-         tak późno , a w dupie mam takich gości

dziadek mówił 

-        no to Moniczko mam jechać do domu 

a Monika 

-       nie , nie dziadku ja tylko żartowałam  :-)

Brzdąc był przedszkolakiem i miał metr z hakiem w kapelusiku .

W jej ustach i z jej minką nogi się uginały , śmiech sam pojawiał się na ustach .

Młoda miała mnóstwo dziwnych pomysłów które zawsze Jej uchodziły płazem

 Wszystkim solenizantom życzę dużo zdrowia szczęścia i radości . 

niedziela, 13 września 2015

Czy czoś się zmieniło ???

Jest sobotnie popołudnie , piękna pogoda , chodzimy koło tego miejsca prawie codziennie -odkąd pamiętam , ale jednak w środku nie byłam od bardzo , bardzo dawna . Idąc przypominam sobie w najdrobniejszych szczegółach swój ostatni mecz , gdzie stałam , jaka była atmosfera , pogoda , o jednym tylko nie bardzo mam ochotę pamiętać ile miałam wtedy lat . Doszliśmy do miejsca spotkania , kibiców jest całkiem sporo , zwłaszcza że to tylko otwarty trening . Na stadion jednak wpuszczą nas dopiero za 25 minut . I tu znowu zaczynam porównywać w myślach , kiedyś po prostu byśmy weszli , nikt nikomu nie kazał by czekać . Teraz wszystko się zmieniło ale czy aby napewno wszystko ? Otwiera się brama zaczynamy wchodzić idziemy na trybunę w pierwszej wersji na górną , nagła zmiana decyzji jednak dolna , siadamy a ja znowu wracam do swojej przeszłości . Trybuna jest taka sama jak przed laty nic się nie zmieniło , dalej piękna zielona murawa zresztą nasz stadion z niej słynął odkąd pamiętam . Oświetlenie też to samo , niby niewiele bo zamiast betonu są krzesełka i sektory od cała zmiana . Atmosfera na stadionie pomimo zmiany pokoleń też pozostała bez zmian . Jak zwykle ciarki latają po plecach jak z męskich gardeł wydobywają się okrzyki dopingu . Zmieniło się jeszcze to że teraz dopingiem kieruje zagorzały kibic z nagłośnieniem , a moje ulubione miejsce na stadionie teraz przeznaczone jest dla gości drużyny przeciwnej . Na koniec treningu piłkarze dziękują kibicom a i trener zostaje „ wywołany do odpowiedzi „ trwają śpiewy podziękowania są odpalone race . Mnie się podoba prawie wszystko ( jednak co mi się nie podoba zostawię do siebie jest to jeden drobiazg o którym powiedziałam XXX ) No cóż ja mam swoje zdanie On swoje a kto ma rację czas pokaże . Tym razem miałam okazję poobserwować też syna jak się zachowuje . I tak to spędziliśmy rodzinnie miłe popołudnie na świeżym powietrzu . 

środa, 3 września 2014

Samo życie

Nasz proces adopcyjny trwał bardzo krótko jak na biurokrację w tym kraju. Nie kupowałam niczego dopóki nie będzie dziecka tak zgodnie z przesądem. Kiedy już nadszedł ten dzień pochwaliliśmy się najbliższym i się zaczęło .... Okazało się że wszyscy mieli pomysł na wyprawkę lista rosła i rosła i oczywiście bez tych rzeczy dziecka wychować się nie da .

Zanim pojechaliśmy do sklepu połowę sami z listy poskreślaliśmy a pani w sklepie skreśliła jeszcze kolejne gadżety. U pani Celiny kupowałam już od lat więc miałam do niej zaufanie a Ona też wiedziała że jak będę zadowolona to do niej wrócę i tak wracam do dzisiaj .Nie kupiliśmy między innymi nosidełka , huśtawki, leżaczka, przewijaka . Ograniczyłam się do podstaw i faktycznie to wystarczyło a i tak wszystkie drobiazgi zajęły cały pawlacz . Doszła tylko wanienka, fotelik samochodowy który służył za nosidełko, bujaczek, fotelik do zabawy i karmienia w późniejszym czasie a kiedy Młody był już w domu przyjechał zgodnie z tradycją wózek . Dzięki pani Celinie nie wydałam majątku na środki do pielęgnacji . Ona zwróciła uwagę na alergię u niemowlaków i miała rację . Dla nas było szare mydło a dokładniej biały jeleń i oliwka ot środki do higieny .

Jednak z powodu bardzo krótkiego macierzyńskiego życie zmusiło nas do kupienia drugiego łóżeczka i wózka do babci . Pod tym względem zaszaleliśmy bo Młody miał w całości trzy łóżeczka doszło jeszcze turystyczne i podwójne wózki

W dzisiejszych czasach to babcie biegają  do wnuków niezależnie od wieku bo młodym trzeba pomóc, bo jest tak trudno .

Jak by prześledzić historię Polski to nie ma pokolenia któremu było łatwo . Każde dostało w kość, już się pogubiłam ile jest teraz macierzyńskiego, ale ja miałam niecałe dwa miesiące na Syna.

To że teraz jest problem z pracą to fakt, jednak pamiętam młodych ludzi którzy jeszcze dobrze nie zostali przyjęci a już rządzili i krzyczeli że za mniej niż tyle nie będą pracować bo On studiuje albo dopiero co się obronił. Jeszcze nie zweryfikował wiedzy teoretycznej z praktyką a już próbował ... Starsi czytelnicy będą wiedzieć co to frycowe i moje pokolenie je płaciło a nie rządziło. Teraz ciągle są wymagania a to mieszkanie, samochód, wczasy, markowe ciuchy i meble. Oczywiście życzę to każdemu ale niech to sobie młodzi zarobią a nie tylko żądają, można zawsze pomóc ale to nie to samo co dawać bez końca. Nie zgadzam się z umowami śmieciowymi bo to wyzysk i robienie krzywdy pracownikom i ich rodziną . Jednak Ci co umieją się ustawić to już na nic nie zwracają uwagi, a rodzice jacy dumni bo zasmarkani do wnuków latają.

Ja nie jestem przeciwna pomaganiu , jednak jestem przeciwna egoizmowi

Mam nadzieję że za kilka lat to dzieci się rodzicom odwdzięczą za wychowanie i ciągłą pomoc i zaopiekują się starszymi schorowanymi osobami.

 

sobota, 30 sierpnia 2014

Zwiedzanie i oglądanie i na koniec brak sił

Czy lubiłam zwiedzać a i owszem sprawiało to mi dużo przyjemności. Najpiękniejsze było to że, bez żadnych dodatków, uwielbiałam siedzieć z nosem w szybie i chłonąć to co widzę. Im była dłuższa trasa tym lepiej, nie męczyła mnie długa jazda, nie czułam głodu, czas zatrzymywał się w miejscu .

Kiedy wpadłam na pomysł zwiedzania Wiednia i nie tylko, znalazła się też ekipa chętna do takiego szaleństwa. Nasz przewodnik sam nazywał się kapo i faktycznie tak się zachowywał .

Wycieczka zaczynała się zwiedzaniem zamku w Trenczynie ,tam już wchodząc na wzniesienie, nasz starszy pan pokazał kto ma kondycje a kto w ogonie. 
Było co zwiedzać ,ale też już znaleźli się pierwsi maruderzy. Kiedy wróciliśmy do autokaru większość padła i marzyła o tym żeby znaleźć się już w hotelu. Organizator jednak zmienił w ostatniej chwili hotel, co nie zostało przyjęte na początku pozytywnie,bo było znacznie dalej do Wiednia na drugi dzień.

A dzień w Wiedniu to zwiedzanie na wysokich obrotach po lewej ręce widzicie to, po prawej tamto a teraz proszę szybciej i tak bez końca,w końcu wszyscy chwycili zadyszki a nasz przewodnik nawet się nie spocił. Kiedy się dowiedziałam że nie zobaczę złotego pomnika Johanna Straussa II , zaczęłam tak marudzić, że został zmieniony troszkę plan wycieczki i przejechaliśmy autokarem koło parku, żebym zobaczyła ów pomnik ale przez okienko. W ciągu dwóch dni zwiedziliśmy bardzo dużo i wszystko robiło wrażenie, od ilości złota mogło zakręcić się w głowie, jednak trzech rzeczy nie zapomnę .

Po pierwsze wtedy uważano Polaków za złodziei i dawano nam to dobrze odczuć. 
Po drugie piłam tam najdroższą i najmniejszą kawę po której serce kołatało.
Pierwszy raz piłam wino z truskawek tak zwane młode wino. 
Po trzecie zachowanie policjanta kiedy kierowca wjechał pod prąd i to w wąskiej uliczce, gdzie manewrowanie osobowym samochodem było problematyczne a co dopiero autokarem. 
Policjant był uprzejmy pomocny w manewrach i na koniec życzył szerokiej drogi zamiast mandatu. 

Kiedy kupiliśmy książkę o Wiedniu okazało się że zwiedziliśmy wszystko co było w tej książce w dwa dni, wierzyć się jeszcze dzisiaj nie chce.

Czwarty dzień  był przeznaczony na Moravsky Kras piękne stalaktyty i stalagmity .

Zaczęliśmy widokami z góry a zakończyliśmy widokami jaskiń

                                    

wtorek, 3 czerwca 2014

mój przypadkowy wyjazd

Pora na kawę - wchodzi kierownik i się  pyta ciastka już kupione . To był codzienny nasz rytuał  kawa z kierownikiem koło południa . Traktowaliśmy to bardzo pozytywnie trochę śmiechu jeszcze nikomu nie zaszkodziło . Tym razem rozmowa była o wyjazdach , planowanym urlopie a w zasadzie komu i ile jeszcze wolnego zostało .

Ja zaczęłam marudzić że chętnie bym pojechała i to nawet za godzinę  obojętnie gdzie byle coś innego. W tym wchodzi pani Ala z pytaniem - kto należy do związków bo jest wyjazd na KK nad morze. Wszyscy wybuchnęli  śmiechem :lol:   to już Pani znalazła chętną .

Wyjazd był za trzy dni musiałam się do niego bardzo przygotować . Do tej pory o związkach wiedziałam tyle że się zapisałam i płaciłam składki a tu KK i ze mnie delegat :)  

Zaczął się babski problem co się ubrać , do tego ta różnica wieku , nikogo nie znam, a jak się ośmieszę . Zaczęłam panikować i w tym z pomocą przyszedł mi przewodniczący,  który zapoznał mnie przed wyjazdem z dwójką delegatów panią Marysią i panem Marianem . 

Jak ktoś się zastanawia dlaczego nie pojechał sam, to nie mógł mia umierającą matkę :(

Jechaliśmy pociągiem całą noc w trójkę , czas upłynął szybko i na wesoło . Niestety jeszcze trzeba się było dostać do ośrodka , nie mieliśmy ochoty na tłuczenie się komunikacją miejską , dlatego pojechaliśmy taksówką . Zmęczenie powoli dawało się we znaki a gdzie tam koniec dnia,  dopiero była dziewiąta rano . Przy zakwaterowaniu zaczęliśmy się znowu śmiać  :lol:   bo zostawiono dla nas pokój sześcioosobowy a tu dwie kobiety i jeden mężczyzna i brak innych pokoi . Cóż było robić zrobiliśmy pokój koedukacyjny . Po latach Marian się śmiał że spał z taką laską oczywiście niczego więcej nie tłumaczył ;)  

Okazało się że krajówka miała więcej takich nie dociągnąć i kiedy zeszliśmy na śniadanie to weszliśmy do lodziarni zamiast jadalni było tak zimno.  Marian poszedł do pokoju po nasze kurtki .

Przed rozpoczęciem KK chcieliśmy jeszcze wziąć prysznic,  jednak nic z tego - leciała lodowata woda. Marysia podsumowała norma zachowana dobrze że przynajmniej komarów nie ma.

O dwunastej zaczęły się obrady i schodząc po schodach zrobiłam wielkie wejście ,  z nerwów poplątały mi się nogi i spadłam ze schodów , prosto pod nogi przewodniczącego federacji .

Na szczęście nic mi się nie stało , tylko parę siniaków .

Krajówka bardzo mi się podobała znalazłam tam wiele pokrewnych dusz , zaczęłam szybko się uczyć rzemiosła związkowego. 

Od  wiceprzewodniczącego dostałam wtedy chyba najważniejszą radę, która sprawdzała się przez wszystkie lata mojej związkowej pracy .

Bo mój przypadkowy wyjazd okazał się początkiem działalności związkowej na lata ;)

Gro ludzi uważa że związki są nie potrzebne i szkaluje się związkowców zwłaszcza ostatnio robią to politycy w tv . Owszem wszędzie są czarne owce ale związki są potrzebne bo inaczej w najlepszym razie cofniemy się do dziewiętnastego wieku

JednaZwielu

czwartek, 22 maja 2014

Jak dwóch wariatów wpadło po uszy .

Mieszkaliśmy już parę lat w naszej malutkiej kawalerce , dla dwóch osób była wystarczającym przytulnym azylem. 
Kiedy rodzina się powiększyła zaczęliśmy się przewracać przez własne rzeczy, a to wózek przeszkadzał, to znów nosidełko. 
Prosiłam męża i tłumaczyłam że na dłuższą metę nie damy rady, jednak nic nie docierało tym bardziej że teściowie stali za nim murem.
Jednak nastąpił taki piękny dzień kiedy nie można było wejść do mieszkania, ja zostawiłam w przedpokoju wózek a synuś dowiózł skrzynkę z zabawkami i tatuś nam z pracy do domu nie mógł wejść :-)  
Efekt był piorunujący bo zaczęło się szukanie mieszkania takie na wariackich papierach, znowu nic do męża nie docierało, w końcu mi powiedział kobieto czego ty właściwie chcesz.
W końcu kupiliśmy upragnione trzy pokojowe mieszkanie a przynajmniej tak nam się wydawało.
Bo okazało się że biuro nieruchomości zmalwersowało nasze pieniądze, zanudzać nie będę sprawa trafiła na policję do prokuratury  dwóch sądów, cywilnego i karnego, a że sprawa dotyczyła kilku rodzin i żadna nie przewidziała takiego obrotu sprawy, to geniusze pozamieniali się kluczami, zaczęli remontować mieszkanie zanim podpisali wszystkie dokumenty u notariusza.
To znaczy w naszym mieszkaniu nowy właściciel nic nie robił tylko poustawiał  swoje meble, zawiesił  firanki i zamieszkał, chociaż jeszcze zadzwonił że mu jeden hak nie pasuje na szafkę w kuchni. Zaczęłam się śmiać i powiedziałam że zaraz przyjedziemy z wiertarką ;)  Nasze mieszkanie remontowało kilka osób w tym firma a i tak trwało to parę miesięcy. 
Po początkowym zamieszaniu zainteresowane strony doszły do porozumienia,  albo tak nam się tylko wydawało.
Bo zaczęła nas straszyć była właścicielka naszego mieszkania . Problemów w tym czasie było tak dużo że sama nie wiem jak to wszystko przeszliśmy.
Widząc to nasi koledzy i koleżanki z pracy przygotowały nam wielką niespodziankę.
Pamiętam jak dziś Panią Helenkę która mnie zawołała i powiedziała do mnie  - wiemy wszyscy jakie macie problemy chcemy wam pomóc i ustaliliśmy że zrobimy zrzutkę żebyście spłacili tą Panią  - Pani Helenko jaką zrzutkę nie mogę tego przyjąć my mamy więcej długów i problemów niż włosów na głowie. 
Jednak do Helenki przychodzili inni i każdy kładł na stów tyle ile umiał nam pożyczyć -  Usłyszałam macie problemy a zawsze byliście w porządku my chcemy wam pomóc tak jak potrafimy i nie dyskutuj tylko bierz a oddasz jak będziesz miała.
Nie umiałam powiedzieć w tym momencie nawet dziękuję bo łzy leciały mi strumieniem po policzkach.
Na kartce zapisywałam imiona i kwoty pożyczki różną od malutkich kwot do dużych i okazało się że w pięć minut miałam potrzebną kwotę żeby oddać prześladowczyni.
Oczywiście jak mi wrócił głos to wszystkim podziękowałam.
Cała sprawa toczyła się dwa lata, wszystkie pieniądze odzyskaliśmy włącznie z odsetkami kosztami sądowymi  itd.
Długi wszystkie po oddawałam i nigdy nie zapomnę co dla mnie i mojej rodziny zrobiła ta niesamowita załoga . Brakowało mi wtedy słów i brakuje mi ich na dal

JednaZwielu

niedziela, 18 maja 2014

pogodzić się z chorobą - czy jest to możliwe ?

Jak byłam koło dwudziestki na mojej drodze spotkałam lekarza ,który chciał mi bardzo pomóc, był młodym lekarzem dla niego jeszcze nie było rzeczy niemożliwych. Chcieć to móc  :)  Kiedy zetknęliśmy się w przychodni pierwszy raz , zaczęło się od kłótni w końcu trzasnęłam drzwiami ( wkurzył mnie bo flirtował z pielęgniarkami a ja czułam się jakbym przeszkadzała ). Musiałam Mu zaimponować w każdym razie już nie byłam przeźroczysta .Bardzo wiele mi pomógł starał się konsultować mnie z różnymi specjalistami . Któregoś razu w szpitalu ( bardzo znanym w kraju ) pani doktor bardzo mi pojechała po psychice praktycznie mnie zgniotła i jeszcze jaki miała uśmiech na twarzy , ta jej satysfakcja  taka radość :-) Kiedy wyszłam przestało mi się chcieć  nawet nie można było się ze mną dogadać łzy leciały mi tylko po twarzy . Widząc co się dzieje moja D ( przyjaciółka ) od razu zawiozła mnie do mojego młodego lekarza , znalazł do mnie czas nie kazał nam czekać . Potrafił mnie uspokoić i dowiedzieć się co się stało jak poszły konsultacje . Na koniec  powiedział co myśli o swojej starszej koleżance, a mi bardzo ważne zdanie " nie ważne na co kto choruje i jak wygląda tylko jakim jest człowiekiem i zapamiętaj sobie jedno nigdy nie pozwól się obrażać nikomu z powodu choroby czy stanu zdrowia " za parę godzin prawie to samo powiedział mi tata . Dodał tylko że mam brać z życia ile się da i że nie ma rzeczy niemożliwych szkoda czasu na łzy i smutki . Nigdy nie byłam traktowana jak osoba chora, bardzo wiele lat ukrywałam w pracy i w rodzinie swoje problemy zdrowotne. Teraz kiedy już jest któryś rzut i regres to już nie da się mówić że nic się nie dzieje i niestety potrzebuję pomocy w drobnych sprawach ale jednak najwięcej pomaga mama i moja kuzynka z czego jestem bardzo zadowolona i bardzo im dziękuję . Czy pogodziłam się z chorobą to jest jak sinusoida ale z przewagą na TAK  . Życie trzeba brać jakie jest a nie zastanawiać się co by było gdyby albo dlaczego ja odpowiedzi się nie znajdzie a czas ucieknie bezpowrotnie .  Z chorobą syna trudniej  się pogodzić , dlaczego to tak wygląda , do czego zmierza , ile jeszcze zniszczeń poczyni po mimo tylu starań , ciągle mam nadzieją że w końcu będzie lepiej

JednaZwielu

niedziela, 11 maja 2014

szantaż i strach

Jest pogodny dzień okno w biurze jest otwarte na oścież koleżanka pali papierosa. Tak kiedy okno było otwarte pozwalałam koleżance palić była w tedy lepsza praca bo mniej przerw. Dzwoni telefon na moim biurku - zgłaszam się zgodnie z procedurami i to co słyszę powoduje że brakuje mi oddechu . Po chwili odzyskałam mowę i tłumaczę - proszę tak nie mówić tak nie można myśleć kobieta jednak odkłada słuchawkę a ja jeszcze raz przetwarzam co usłyszałam . Ela patrzy na mnie co się stało co to za telefon  - wiesz muszę jechać natychmiast do dyrektora zadzwoń do kierownika i zapytaj się czy muszę wracać do biura albo jutro przyjechać wcześniej . Dobra nie martw się usłyszałam . Między czasie dzwonię do sekretariatu czy jest szef bo muszę się jeszcze dziś z nim widzieć i porozmawiać , po chwili słyszę odpowiedź dyrektor na panią czeka czy potrzebny jest kierowca . Podziękowałam i powiedziałam dotrę sama już wychodzę . Za godzinę dotarłam do szefa jak mnie zobaczył to powiedział od razu do sekretarki dwie kawy i wodę co - się stało pani jest przeźroczysta. Kiedy już usiedliśmy zaczęłam tłumaczyć Dyrektorze zadzwoniła do mnie Pani .... i jak nie znajdziemy jej pracy to Ona zagroziła że popełni samobójstwo . Za chwilę byliśmy oboje przeźroczyści sekretarka wchodząc z kawą od razu się zapytała czy nie potrzeba pogotowia . Zaczęliśmy się zastanawiać co zrobić i czy ta osoba jest to w stanie zrobić . Doszliśmy do wniosku że nie ma sensu ryzykować i mieć kobietę na sumieniu . W krótkim czasie szef znalazł nowe miejsce pracy . Oboje byliśmy zadowoleni że się udało , a ja byłam dodatkowo zadowolona że się nie pomyliłam co do ludzkiej twarzy szefa . Wydawałoby się że sprawa jest załatwiona  i kobieta powinna też być zadowolona . Za około miesiąc dzwoni kobieta i mnie opiernicza z góry na dół że jej w niczym nie pomogłam i ona się ze związków wypisuje a ja jestem do niczego . Kiedy odłożyłam słuchawkę moja Ela mówi czy ja dobrze zrozumiałam - tak tak dobrze .
Moja koleżanka się zapytała mnie czy było warto - siedziałaś po godzinach żeby wykonać swoją pracę  , jeździłaś tyle kilometrów do dyrekcji , obroniłaś kobietę i ci podziękowała :lol:   Odpowiedziałam było warto i zrobiła bym drugi raz

JednaZwielu  

środa, 30 kwietnia 2014

Część druga czy może istnieć przyjaźń damsko męska ???

Zbiegiem czasu zaczęliśmy poznawać swoich partnerów życiowych . Najpierw do naszej nietypowej przyjaźni musiał się przyzwyczaić mój były mąż . Okazało się że Panowie szybko znaleźli wspólny język , jednak byli teście mieli już zupełnie inne zdanie. Kiedy moja noga pięknego dnia wylądowała w gipsie to się zaczęło pilnowanie . Moi rodzice jeszcze jak mieszkałam w domu rodzinnym z naszą przyjaźnią nie mieli problemu . Chociaż czasami było ciekawie np po obronie jeden z Adamów w stanie bardzo wskazującym na spożycie zamiast zawitać do domu to zawitał do mnie. Pamiętam minę taty i śmiech od ucha do ucha , zamiast się wściekać kazał na jutro kupić biedakowi dużo maślanki bo na pewno będzie chory i biedny . A do teściów nic nie docierało tylko jątrzyli i szukali dziury gdzie jej nie było , trzeba przyznać że nie ułatwialiśmy im życia . Bo przy nodze w gipsie nie wiele można zrobić więc odwiedzali mnie często zawsze minimum w dwójkę ale teściowa zjawiała się już po chwili . W ramach sprawdzania czy czegoś nie potrzebuję była u mnie już czasami i o ósmej rano miała swoje klucze i wchodziła jak do siebie . Efekt tego pilnowania był taki że zakończyło się to odebraniem kluczy przez męża, mamusi mało szlak nie trafił . Kiedy chłopaki poznawali swoje partnerki to po jednej rozmowie lub dwóch sprawy były wyjaśnione można było znowu planować wspólne , wyjazdy , imprezy , spędzać razem czas. Po mimo upływu lat i zmian które zaszły w naszym życiu  możemy dalej na siebie liczyć . Jestem wdzięczna losowi że poznałam tak fajnych ludzi i mówię tu też o żonach Adamów .

czwartek, 24 kwietnia 2014

Czy istnieje przyjaźń damsko męska ???

Czy istnieje przyjaźń damsko męska ??? Dla wielu ludzi nie , a dla mnie tak. Poznaliśmy się w pracy dawno temu z Adamem I przez telefon i zaczęło się mało ciekawie bo od zgrzytu , okazało się że On jest pierwszy dzień w pracy i nie rozumie co ja chcę . Język techniczny nawet w języku polskim może być kompletnie nie zrozumiały. Adama II poznałam trochę wcześniej też tylko telefonicznie .Adama III ( specjalnie wszyscy mają takie same imiona ) poznałam jako ostatniego jak zmieniłam miejsce pracy . Z przyczyn technicznych dotyczących  zakładu pracy i ze względu na łatwiejszy dojazd zostałam przeniesiona do miejsca gdzie pracowali trzej Panowie . Szybko okazało się że potrafimy się dogadać i to nie tylko zawodowo. Każdy z nas był wolnym człowiekiem bez zobowiązań , mieliśmy szalone pomysły na spędzanie wolnego czasu . Pamiętam zaskoczenie ludzi jak na wolnym powietrzu zimową porą graliśmy w paletki ( babingtona ) , spacerujące osoby potykały się o własne nogi . Jeździliśmy na mnóstwo wycieczek, bardzo często pakowaliśmy plecaki a resztę organizowaliśmy na miejscu , co skutkowało spartańskimi warunkami . Ale jak się jest młodym to kto by tam na takie rzeczy zwracał uwagę . Któregoś razu ochrona PKP na dworcu nie wiedziała co ma z nami zrobić , nasze przestępstwo polegało na tym że z koleżanką zrobiłyśmy kolację na dworcu - w poczekalni ( podobno takie zachowanie było zabronione ) ale kanapki smakowały . Innym razem Adam III nam się rozchorował do lekarza nie było możliwości dotrzeć , zaczęłam kombinować sposobami domowymi i się udało . Lekarz  w poniedziałek już był obowiązkowy , jednak to już problem nie był bo wróciliśmy w niedzielę do domów późnym popołudniem. Zdarzyła się raz zupełnie nie przyjemna sytuacja, kiedy z nami pojechał jeszcze jeden chłopak , i nie wiem co sobie myślał , kiedy w nocy próbował wejść pod moją kołdrę , zanim ja zdążyłam zareagować Adam I już robił porządek . Tak od początku mieliśmy do siebie zaufanie , wiedzieliśmy co wolno a co nie żeby drugiego nie obrazić .  W pracy nie było zmiłuj każdy wiedział co ma robić , a jak coś było zawalone to opieprz też był ,w tym miejscu nie było taryfy ulgowej . Spotykaliśmy się na imprezach różnego rodzaju , chodziliśmy do kina i na wystawy,  w ciągu miesiąca na palcach jednej ręki można było policzyć kiedy się nie widzieliśmy po pracy , oczywiście nie zawsze wszyscy razem . Jednak nasze koleżeństwo zaczęło przeszkadzać naszym współpracownikom , na mnie " wylano wiadra pomyj " jaka to jestem łatwa, lekka i przyjemna . Któregoś razu jeden człowiek chciał sprawdzić moją lekkość i się bardzo zdziwił kiedy na jego twarzy odbiły się moje palce a twarz zrobiła się czerwona . Moim zdaniem mam bardzo dobrą zasadę - nie byle gdzie , nie byle jak i nie byle z kim i zawsze się tego trzymałam i trzymam . Jak tylko jeden punkt nie pasuje to znaczy że nie warto. Ten czas był jednym z najcudowniejszych już dorośli a jeszcze bez obowiązków .Koniec części pierwszej

środa, 15 stycznia 2014

Wspomnienie bliskiej osoby.



Różnica wieku bardzo duża , wygląd Flip i Flap  kto jest kto nie napiszę. Różniłyśmy się wieloma rzeczami ale też potrafiłyśmy się zrozumieć . Kiedy wpadłam jako nastolatka na genialny pomysł ,chodziłam jeszcze do podstawówki żeby chodzić na obcasach , rodzice mało nie dostali zawału a siostra dała mi swoje buty i powiedziała masz zakładaj . Miała racje bo żadne tłumaczenia by mnie nie przekonały tak jak własne obolałe nogi . Tenisówki jakie okazały się wygodne ...Ma trójkę dzieci pomagałam jak potrafiłam . Kiedy urodziła się najstarsza pociecha ja sama byłam małym dzieckiem. Czasy były szalone jak na dzisiaj pieluchy z tetry  , butelki  szklane itd. Kiedy stało się nieszczęście z mlekiem przy gotowaniu to zanim następna butelka była do spożycia dziecię potrafiło się nieźle rozpłakać . Wtedy ja siadałam pośrodku łóżka i na ręce dostawałam siostrzenice ,ktoś ten wrzask musiał opanować

Kiedy rodziły się młodsze dzieci ja już byłam starsza potrafiłam więcej pomóc . Jednak tak naprawdę sprawiało mi to bardzo dużą przyjemności. Siostra się śmiała będzie Ci miał kto dzieci pilnować. Po latach wszystkie umiejętności przydały się przy Młodym były jak znalazł. Siostra uwielbiała czytać w przeciwieństwie do mnie ja czytanie traktowałam jako zło konieczne. Pamiętam jej zdziwienie  kiedy  powiedziałam że przeczytałam lekturę Żeromskiego – jak tyś przebrnęła te długie opisy jedno zdanie na pół strony wielokrotnie złożone , śmiejąc się odpowiedziałam jakoś dałam rady nawet mi się podobała. Któregoś dnia dosyć mocno zaczęłyśmy się kłócić zareagował tata był mimowolnym świadkiem naszej niemiłej rozmowy . Już nigdy po rozmowie z siostrą tego nie zrobił, śmiejąc się stwierdził możecie się nawet pozabijać, Szczerze powiedziawszy myśmy się prawie wcale nie kłóciły. Nie znosiłam prawdziwej kawy już nawet jak pracowałam piłam herbatę albo zbożówkę i co wymyśliła szalona kobieta ? Dosypywała mi kawę do zbożowej aż się przyzwyczaiłam . Dzięki Siostra teraz od lat dzień rozpoczynam od kawy . Był taki czas kiedy co niedzielę jeździliśmy do sanatorium do dzieciaków  spotykały nas niezłe przygody zwłaszcza jak autobus nie chciał się zatrzymać . Jak miałam jakiś problem to Siostra wiedziała o nim pierwsza . Nigdy nie zapomnę daty jedenasty listopad wieczór dzwoni telefon i druga siostra informuje mnie o chorobie naszej siostry . Nie mogłam uwierzyć w co usłyszałam świat mi się zawalił i moje pytanie dla czego Ona. Pierwsze dni nie umiałam normalnie funkcjonować wszystko co robiłam to zawaliłam. Koleżanka z biura była niesamowita pracowała za mnie i za siebie. Siostra walczyła  z chorobą  a ja też się ogarnęłam


 

Jak ktoś pomyślał że byłam u Niej codziennie to absolutnie nie. Miała dzieci wnuki to Oni mieli jeszcze nacieszyć się Mamą i Babcią . Spotykałam się z Siostrą tyle co przed chorobą .


 

Pamiętam jak dziś naszą ostatnią rozmowę nie zapomnę jej nigdy, nawet po latach jest dla mnie bardzo ważna . Siostra zmarła w hospicjum nie pojechałam się z nią pożegnać ponieważ mój Syn był chory miał zapalenie ucha. To jest dziwne ale jestem pewna że nie miała do mnie o to pretensji . Odeszła po jedenastu miesiącach od zdiagnozowania choroby, miała tylko pięćdziesiąt jeden lat


 

Siostra tęsknię za tobą


 

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Jednak będzie pachniało

Za oknami bardzo buro i ponuro to już się zbliżają  drugie święta Bożego Narodzenia na tym mieszkaniu. Ciągle tęsknimy za naszym trzy pokojowym mieszkaniu z balkonem, a musimy być zadowoleni z tego co mamy. Ktoś powie masz co chciałaś ale na prawdę nie tego chciałam. Wychodząc za mąż chciałam szczęśliwej rodziny , spokojnego życia ,stabilizacji finansowej.

Dzień ślubu był niezwykły wiem jest taki dla każdej młodej pary , ale myśmy się pobierali na początku listopada i padał śnieg było jak w bajce  kolorowe liście jesienne pokryte białym puchem zdjęcia w plenerze wyszły naprawdę super. Wesele do białego rana  zabawa , radość , oczywiście dobre jedzenie , goście i my zadowoleni . Zawsze się znajdzie ktoś co krytykuje i tym razem poszła pod krytykę moja kreacja bo sukienki komunijne są bardziej eleganckie .Mnie jednak sukienka się podobała była wymarzona . Biorąc ślub mieliśmy już  małe mieszkanie samochód dobrą pracę i dużo marzeń do zrealizowania. Nic się nie wzięło z niczego każde z nas miało za sobą kilka lat pracy. Żyło nam się dobrze marzenia przechodziły w rzeczywistość byliśmy szczęśliwi .

Nawet nie wiem kiedy zaczęło się dziać źle jeden z powodów to na pewno rutyna i pewność siebie. Drugą nie mniej ważną to co raz mniej rozmowy . To co dobiło to zbyt duża ilość teściów zwłaszcza teściowej , telefon okazał się moją zmorą  i " gwoździem do trumny "

I tak kiedy usłyszałam że mąż nie ma zamiaru się zmienić bo jemu te życie odpowiada a mama je popiera ( koledzy i piwo ) to ja uznałam że z wiatrakami się nie wygra . Synuś wrócił do mamusi , a myśmy wylądowali na malutkim mieszkaniu wszystko się rozpadło marzenia pękły jak bańka mydlana .

Na to mieszkanie jestem wściekła ze względu na wilgoć , jak nam niszczeją rzeczy i co najważniejsze nasze zdrowie. Zawsze lubiłam porządek ale teraz to już jest obsesja wietrzenia ,sprzątania .

Już powoli jednak nastrój świąt istnieje dekoracje już powyciągane za niedługo zabiorę się za gotowanie będzie pachnieć przynajmniej to zostało

JednaZwielu

sobota, 7 grudnia 2013

Było i niema chwila nie uwagi



W tym tygodniu oprócz Orkanu Ksawery który pustoszył kraj ,spłonął zabytkowy kościółek na Stecówce, by wałam w tym miejscu wielokrotnie. Jak już pisałam uwielbiam góry a że mieszkam od nich tylko 100km bywałam tam bardzo często. Najpierw chodziłam po Beskidach z klasą są takie szczyty na które weszłam kilka razy. Parę lat wędrowałam z przyjaciółmi nie zapomniane lata ,przygody i nasze szalone pomysły było naprawdę cudownie ale szczegóły na razie zostawię sobie. Na koniec zaczęłam jeździć z chłopakiem , narzeczonym który w końcu stał się moim mężem. Przez te wszystkie lata góry ciągle fascynowały. Stecówka należy do tych miejsc w którym byłam naście razy . Ponieważ w Beskidzie mieszka mój brat z rodziną to jak tylko było to możliwe wpadaliśmy na kawę, a jak dzieciaki chciały to zabierały się z nami na wyprawę . Zatrzymywaliśmy się w pensjonacie Maria cisza spokój mało ludzi daleko od centrum . Tam też przez parę lat jeździliśmy na zimowe wczasy aż Młodemu myszy w nocy smoczek zjadły wtedy powiedziałam dosyć. Potrafiliśmy w ciągu godziny zadecydować że jedziemy ,się spakować i znaleźć się w samochodzie resztę planowaliśmy na miejscu . Młody miał pięć miesięcy kiedy był na pierwszych zimowych wczasach . Zaskoczyliśmy wszystkich jak sobie poradzicie , przecież jest za zimno jak się spakujecie itd . Miałam porządny duży wózek gdzie syn miał wygodnie i ciepło gorzej było jeśli chodzi o pchanie wózka czasami trzeba było przenieść . Kiedy nie umiałam wyjść wystawiałam wózek na balkon dało radę przyjechał opalony a pani pediatra była zachwycona wyglądał po prostu zdrowo . Śmiesznie się zrobiło rok później kiedy nam z sanek w biegu schodził i znowu wózek był potrzebny . Kupiłam Mu wtedy za duże buty i za duży kombinezon i kiedy szalał na białym puchu nic Mu nie było za to był uśmiech od ucha do ucha . Wyglądał naprawdę zabawnie mówiłam moje siedemdziesiąt cztery centymetry latające. Młody zdobywał z nami kolejne szczyty im był starszy tym trudniejsze. Na nartach zaczął  jeździć  w Zakopanym na Szymoszkowej  początki były trudne, tupanie nogami, krzyk ale kiedy załapał był bardzo szczęśliwy .Pokochaliśmy góry ale na razie musieliśmy z nich zrezygnować mam nadzieję że jeszcze wrócimy na szlaki

JednaZwielu   

czwartek, 28 listopada 2013

Czas o którym trudno zapomnieć

Nadszedł wieczór zwykłego szarego dnia Młody śpi a ja zaczynam wspominać. Jedziemy autobusem mamy pełne głowy marzeń jesteśmy tak podekscytowani że nie zwracamy uwagi ile jesteśmy godzin już w podróży. Zapominamy o wszystkim że świat idzie naprzód a my ciągle podziwiamy widoki kolorowy świat. Jednak im bliżej celu czujemy ból kręgosłupa obolałe nogi ale w głowie mamy plan zostawiamy walizki i idziemy nad morze i na dobrą kawę. I tak po prawie 40 godzinach podróży wysiadamy na hiszpańskiej ziemi zamieszanie przy kwaterunku jedni zadowoleni inni na coś narzekają. Nasz hotel jest mały i bardzo przytulny szybko odkrywamy bardzo rodzinną atmosferę nie przeszkadza nam nawet że do morza mamy kawałek. Zostawiamy bagaże w pokoju 222 i nie czując zmęczenia idziemy nad morze. Odkrywamy starą część miasta z pięknym zamkiem i od razu jesteśmy zdziwieni to nie tylko mury. Zamek żyje są tam tawerny ,kawiarenki. Rzucamy się w oczy dookoła wszyscy opaleni a my jak byśmy z młyna wyszli. Morze jest bardzo niebezpieczne dla tych co nie potrafią pływać. Do Hiszpanii pojechaliśmy też żeby zwiedzać i tak  zwiedziliśmy Barcelonę oczy trzeba by mieć dookoła głowy. Nie wiem co zrobiło większe wrażenie Kościół Świętej Rodziny , czy fontanna podświetlana tańcząca w rytm muzyki , a może stadion piłkarski. Jednak nie piorunujące wrażenie było jak rekiny przepływały nad głowami zdecydowałam się na tą przygodę mając klaustrofobię zupełnie nie zdając sobie sprawy co mnie czeka , ale było warto. Co drugi dzień spędzaliśmy kilka godzin w autokarze żeby coś zobaczy. Jadąc do Andory mieliśmy problem ja się ubrać osoby w klapkach wyglądały przezabawnie bo leżał śnieg . Nam było zimno w kurtkach i adidasach ale co tam kilka godzin zwiedzania na koniec oczywiście zakupy. Cudowne miejsce ale żyć nie bardzo bym tam chciała za zimno i za wysoko. Hiszpański wieczór flamencoto świat rytmów, kolorów ,dobrej zabawy, przy dobrym jedzeniu. Dni mijały bardzo szybko wieczorami chodziliśmy do naszej ulubionej zatoczki, w południe jak byliśmy na miejscu konieczny był pucharek lodów lub owoców z bitą śmietaną w kawiarence nad morzem. Przez cały czas towarzyszył nam spokój dobry humor nie było telefonów ani innych dóbr dzisiejszych czasów. Jadąc na urlop wyłączało się problemy zmartwienia , było niebieskie niebo lazurowe morze dobre jedzenie fajnie zaplanowany czas i to z najbliższą osobą po prostu żyć nie umierać. Kiedy wróciliśmy do kraju wszyscy zazdrościli nam jednego opalenizny

JednaZwielu


 

 

 

sobota, 2 listopada 2013

Nostalgia Wszystkich Świętych.....

Im jestem starsza tym szybciej płynie mia czas. Dzień Wszystkich Świętych zawsze napawa mnie refleksją. Jako dziecko tak się złożyło, że za bardzo nie miałam bliskich na grobach. Jednak nastąpił taki czas, kiedy groby bliskich zaczęły "rosnąć jak grzyby po deszczu".
Jednych osób bardziej brakuje, drugich mniej. Jednak rodzina zaczęła się coraz bardziej rozdzielać, rozjeżdżać po świecie. Kiedyś wszystkie drogi prowadziły do dziadków(jak byłam dzieckiem). Obojętnie czy było się na spacerze albo w kawiarni lub na boisku sportowym to zakończenie zawsze było u dziadków. Wydaje  mi się że nikt z nikim się nie umawiał to była tradycja i potrzeba spotykania się. Dzisiejszy świat jest zupełnie inny, rodzina liczy się coraz mniej natomiast liczy się pieniądz i gadżety. Przedwczoraj byłam na pogrzebie starszej Pani  znajomej moich rodziców. Pani Jadwiga była bardzo dobrą, ciepłą osobą, życzliwą ludziom a do tego bardzo pracowitą niezależnie od swojego wieku. Całą msze przepłakałam i zastanawiam się jak to jest możliwe że bliskimi staja się "osoby obce", a rodzina przechodzi na dalszy plan. Tata i Dziadkowie zawsze starali  się  żeby rodzina była najważniejsza, życie jednak pokazało swoje  z bratem nie mam już kontaktu od lat. Kiedyś się starałam ale w końcu przestałam bo nie mam ochoty być intruzem. Słyszałam tylko, że podobno został dziadkiem.
Ja jestem gadułą wśród swoich, ale czy to znaczy że rodzina jest mi obca???

 

JednaZwielu

sobota, 5 października 2013

Miałam trójkę dzieci pod opieką

Około dwóch lat temu przez krótki czas opiekowałam się bliźniaczkami dziewczynki miały niecałe dwa lata. Były bardzo rezolutne mądre po prostu śliczne laleczki.Miałam trójkę dzieci pod opieką , w pierwszej chwili pomyślałam ja chyba zwariowałam jak mogłam się zgodzić czy dam radę opanować trójkę.Wstawaliśmy o piątej rano bo Młody nie popuścił i maszerowaliśmy piętro wyżej na dyżur.

Przy takich dzieciach trzeba zrobić bardzo wiele ale nam okazało się że trzeba zrobić wszystko bo nikt nawet mama niczego jeszcze nie zaczęli uczyć.Syn okazał się świetnym starszym bratem pomagał przy karmieniu ,przewijaniu .Bardzo pilnował żeby nie pospadały ,uwielbiały wchodzić na wszelkie wysokości .Dziewczynki nie lubiły mycia bardzo płakały widząc wannę łazienka je paraliżowała. Młody siadał naprzeciwko bliźniaczek i tłumaczył nie ma się czego bać to jest fajne trzeba się myć naprawdę byłam bardzo pozytywnie zaskoczona jego troską i spokojem w tłumaczeniu czasami to pomagało.Uwielbiali się bawić w pociąg ,w halo halo, rysowali ,jak czytałam trójce bajki to najmniej zainteresowany był Młody.Zajęć było mnóstwo ale zadowolenia jeszcze więcej patrząc na nich widziałam troje szczęśliwych dzieci ich uśmiechy na twarzach. Był czas na wszystko , na zabawę ,mycie , spanie , jedzenie .Ciągle słyszałam że dziewczynki nie chcą jeść ale przy nas jadły wszystko pomoc młodego naprawdę była bardzo potrzebna.Uczyliśmy bliźniaczki się rozbierać , ubierać ,korzystać z nocników , i samodzielnie  jeść.Bawiło mnie jak Młody pokazywał jak ubrać skarpetki albo jak trzymać łyżeczkę ,byłam naprawdę z Niego bardzo dumna .Zawsze nam mówił że chce rodzeństwo i przekonałam się że naprawdę był by świetnym bratem.Z mamą bliźniaczek pomimo naszych starań i tak na dłuższą metę dogadać się nie dało zawsze miała coś źle. Miałam pomagać niecałe trzy miesiące a powiedziałam co myślę po miesiącu.Szybko wyszło szydło z worka to nie chodziło o to jak my się zajmujemy dziećmi tylko chodziło o mojego byłego męża to On nas zastąpił . Syn płakał że tata dla nie Go nie ma czasu że się nie interesuje a bliźniaczkami się zajmuje.Wyglądało to tak jak by byli parą tłumaczyłam synowi i sąsiadom kiedy mówili że mąż przyprawia mi rogi .Był mi jednak naprawdę przykro ze względu na Młodego widział zachowanie taty i został odseparowany od dziewczynek które tak lubił żal było patrzeć na Jego smutne oczy. Czasami teraz wspomina tamten czas

Ja wiem że już nigdy nie pomogłabym w taki sposób po prostu nie warto ludzie nie są tego warci

JednaZwielu

sobota, 31 sierpnia 2013

Czym dla mnie jest adopcja?

W pierwszym poście rozbawiłam na pewno parę osób a może kogoś nawet wkurzyłam zdaniem.

Chcąc nie chcąc muszę poinformować was drodzy blogowicze o jednym – z powodów osobistych (piszę to tylko raz i nie pytać o to proszę) MÓJ SYN jest adoptowany a pisze to po to żebyście mnie nie ocenili.

Teraz po czasie na pisałabym  inaczej ten wpis , ale czy mądrzej ?

To przytoczone zdanie  na pewno jest bezsensowne od pewnych rzeczy uciec się nie da .

Czym dla mnie jest adopcja ?

Wielkim darem jakim jest  pokochanie jeszcze obcej osoby a już naszej, ze wszystkimi jej zaletami i wadami bezwarunkowo, nie oczekując nic w zamian. Wielką radością przebywania razem, patrzenia jak dorasta ,uczy się , bawi ,pokonuje trudności. Możliwością odkrywania i pokazywania  jemu świata .Dziecko w domu to tak jak ptaki w lesie.Najpiękniejszy las bez ptaków jest martwy a dom bez dzieci jest smutny szary , to dzieci dają radość i chęć życia.

Proces adopcyjny rozpoczyna się w momencie kiedy zdecydujemy się czy chcemy być rodzicami czy jesteśmy na to gotowi we własnej głowie oczywiście razem z mężem lub żoną . Zgłaszamy się do Ośrodka Adopcyjnego gdzie zaczyna się weryfikacja . Potrzebne są różne dokumenty celem pierwszej decyzji, następnie kilka spotkań z psychologiem i innymi fachowcami. Kiedy wszystko przejdziemy pozytywnie mamy zgodę na adopcję.W naszym przypadku cała procedura została zamknięta w kilkunastu tygodniach.

Następuje w tym momencie radość z którą myśmy dzielili się z rodziną , przyjaciółmi , współpracownikami. Nasz zakład dudnił na temat tej wiadomości między innymi dlatego że była potrzebna opinia pracodawcy i z sekretariatu już wypłynęły pewne fakty.

Ludzie otaczający nas zaczynają wypytywać -

chcecie chłopca czy dziewczynkę

starsze czy niemowlaka

ale na pewno zdrowe

I gdzieś tam w oddali od kolegi z pracy słyszę Ja bym tam czyjegoś bachora  nie wychowywał.

Pamiętam że z uśmiechem na ustach podeszłam do niego i bardzo grzecznie powiedziałam przecież nikt Ci nie każe moim mężem też nie jesteś więc w czym Masz problem , a dzieci to nie bachory , już się nie odezwał.

Myśmy adoptowali pierwsze dziecko zgodnie z tym co żeśmy oboje z mężem ustalili.Nasz tok myślenia był taki nasze też nie wiadomo czy byłoby dziewczynką czy chłopcem ,czy zdrowe , czy chore .

Mamy chorego syna i tylko się zastanawiam co jeszcze mogę dla Niego zrobić jak Mu pomóc czy jestem dobą matką ?

Nigdy nie podeszłam do adopcji jak do salonu z drogimi gadżetami na zasadzie mam złotą kartę i teraz mogę wybierać kupować.Moim zdaniem to tak nie powinno działać , dziecko nie jest dodatkiem do wystroju domu albo samochodu dopasowanym do mamusi i tatusia w markowych ciuchach którzy za chwilę wybiorą mu szkołę , karierę zawodową a następnie partnera ,a na koniec się dowie jak to ma być im dozgonne wdzięczny za wszystko bo gdyby nie oni to skończyłby w domu dziecka.

Pamiętajmy o tym żebyśmy podejmowali decyzje nie krzywdząc siebie i innych

JednZwielu