Od trzynastego czerwca w syna wstąpił jakiś diabeł . Agresja opanowała Jego organizm od rana do wieczora . Jeszcze nie wstał to już atak złości i tak do wieczora . Przez pierwsze osiem dni leki działały tak że albo spał albo krzyczał i obrażał wszystkich i wszystko co na drodze stało i było w zasięgu wzroku . Ten tydzień jest już odrobinę lepszy mniej śpi w ciągu dnia , jednak ciągle śpi bardzo długo rano. Już w ciągu dnia potrafi się zająć sobą, co daje nadzieję że wychodzimy z kryzysu .
W niedzielę usłyszałam jak mówi do babci - wiesz nie wiem co się z tą moją głową dzieje , nie wiem czemu tak krzyczę i obrażam . Jak to usłyszałam zrobiło mi się bardzo żal syna a z drugiej strony już sama byłam niesamowicie zmęczona .
W poniedziałek przyjechał tatuś i zaczął się wymądrzać co do mojej winy , nie reagował jak zwykle kiedy Młody przeklinał i obrażał mnie , nie zareagował nawet kiedy syn chciał Go uderzyć . Tatuś chowa głowę w piasek i udaje strusia . Przestał mędrkować kiedy Młody powiedział - zabierz mnie do siebie i do babci jak tylko będę wchodził po schodach to już się nakręcę i Ją ustawię , ja Jej pokażę . Byłemu szczęki spadły a mnie chyba już nic nie zdziwi .
Tak ustawianie leków zaczęliśmy jeszcze przed wakacjami
JednaZwielu